Gry tylko do coopa

O

stat­nio stre­amo­wa­łem Ham­mer­watch. Pro­stą gie­reczkę, w któ­rej sieka się hordy potwo­rów i eks­plo­ruje kolejne kom­naty. Gdy przy­szło do pod­su­mo­wań, poja­wił się dwu­głos. Z jed­nej strony odra­dził­bym, z dru­giej – jak naj­bar­dziej polecił.

Nie ma się bowiem co oszu­ki­wać, jest to pro­duk­cja jakich wiele. W kwe­stii cho­dze­nia i zbie­ra­nia złota nie odkrywa Ame­ryki, a fakt, że kom­naty nie są losowo gene­ro­wane, działa na dodat­kową nie­ko­rzyść. Dobrze cho­ciaż, że gra­fika jest w miarę este­tyczna (cho­ciaż jeden z sekret­nych pozio­mów to istny kosz­mar) a muzyka nie prze­szka­dza. Taki śred­nia­czek, warty naj­wy­żej 5 zł.

 Ile można machać wir­tu­al­nym mie­czy­kiem, rzu­cać w kółko ten sam czar czy zbie­rać złoto?

Jakby tego było mało – pod­czas gra­nia się nudzi­łem. No bo w końcu ile można machać wir­tu­al­nym mie­czy­kiem, rzu­cać w kółko ten sam czar czy zbie­rać złoto? Gdyby to zale­żało tylko ode mnie, wyłą­czył­bym Ham­mer­watch w cho­lerę. Ale nie zależało…

Bo gra­li­śmy we dwójkę – towa­rzy­szył mi dzielny RyJek, któ­rego już pew­nie koja­rzy­cie ze stre­ama – i to wszystko rato­wało. Zabrzmi to teraz jak tekst z taniego filmu roman­tycz­nego, ale gdy byli­śmy razem, całość wyda­wała mi się zupeł­nie inna. Kolejne fale wro­gów prze­stały być już tylko nud­nymi pik­se­lami, stały się nato­miast tym EM, które wspól­nie poko­namy — dwójka dziel­nych boha­te­rów. Było po pro­stu wese­lej, gdy wza­jem­nie wzy­wa­li­śmy się na pomoc, rato­wa­li­śmy przed pewną śmier­cią czy nawet pod­czas pod­li­cza­nia kto ile razy zgi­nął (ja padłem osiem razy, on raz… che­ater, po pro­stu cheater!).


Pomi­jam fakt, że było też łatwiej – bo Ham­mer­watch sama w sobie jest trudną grą, która nie wyba­cza błę­dów – ale do nud­nego wyży­na­nia wro­gów docho­dził ele­ment inte­rak­cji mię­dzy­ludz­kiej. Czę­sto tryb koope­ra­cyjny wzbo­gaca roz­grywkę, a ten kon­kretny przy­kład jest dla mnie ide­alną ilu­stra­cją tego, jak coop ratuje tytuł przed ska­so­wa­niem go z dysku.

My sie­dzie­li­śmy tylko we dwójkę, ale mak­sy­mal­nie na mapie może być czte­rech gra­czy  – jeśli więc uda Wam się zna­leźć paru zna­jo­mych, wtedy warto wydać te kil­ka­na­ście zło­tych i wspól­nie się poba­wić. Tryb jed­no­oso­bowy jest tutaj może nie pomyłką, ale nudą, któ­rej nie pole­cił­bym nikomu.

Naj­przy­jem­niej gra się w grupie!

Ta pro­duk­cja nie­za­leżna przy­po­mniała mi, czym kie­dyś były dla mnie gry kom­pu­te­rowe. Niby czło­wiek sie­dział z nosem wle­pio­nym w moni­tor czy tele­wi­zor, ale jed­nak i tak bawił się naj­le­piej, gdy z wizytą przy­szedł kolega i wspól­nie można było zarwać noc przy ulu­bio­nym tytule. Ta roz­rywka ma w sobie dużo wię­cej aspektu spo­łecz­nego, niż wszyst­kim eks­per­tom się wydaje. W końcu naj­przy­jem­niej gra się w grupie!

Grałem, gram i pewnie grać będę. Dlatego właśnie stworzyłem tę społeczność. Bo chcę się dzielić swoim hobby.

Odpowiedz

*

captcha *