U

derzyła mnie ostat­nio nostal­gia obecna na ser­wi­sach z zabaw­nymi obraz­kami. Raz po raz natra­fiam na screen poka­zu­jący starą grę z pod­pi­sem: „gimby nie pamię­tają”. No może i nie pamię­tają, ale co w tym złego?

Sam jestem obec­nie w takim wieku, że gim­na­zjum mi już raczej nie grozi — prę­dzej dom star­ców (albo jesz­cze lepiej: dom waria­tów). Dzięki temu 99% gier przed­sta­wio­nych na tych obraz­kach prze­wi­nęło się kie­dyś przez mój kom­pu­ter. Nie spra­wia to, że z auto­matu dołą­czam do kręgu wybrań­ców mają­cych mono­pol na nazy­wa­nie się „praw­dzi­wymi gra­czami”. Bo prawda jest taka, że spora część tam­tych pro­duk­cji dziś byłaby oce­niona jako szmelc.

Alien Breed

AMV2E-85DDV-0I6ZG
Spora część tam­tych pro­duk­cji dziś byłaby oce­niona jako szmelc

Powrót do prze­szło­ści nie jest taki dobry, jak się wszyst­kim wydaje. Odczu­łem to nie­dawno bar­dzo bole­śnie na przy­kła­dzie Alien Bre­eda, który docze­kał się reedy­cji na PS3 i Vitę. Gra mocno inspi­ro­wana „Obcym — 8 Pasa­że­rem Nostromo” Ridleya Scotta, która za cza­sów Amigi wyda­wała mi się nie­sa­mo­wi­cie trudna i gry­walna. Wie­cie: zręcz­no­ściowa wyrzynka wro­gów nad­bie­ga­ją­cych ze wszyst­kich stron, eks­plo­ro­wa­nie stat­ków kosmicz­nych, roz­su­wane drzwi itp. I co? Dziś kolejne poziomy zali­cza­łem nie­mal zie­wa­jąc, a i bar­dzo szybko oka­zało się, że roz­grywka oprócz strze­la­nia i bie­ga­nia nie ofe­ruje niczego głęb­szego. Cały czas ładuje się ołów w te same potwory, poziomy w pew­nym momen­cie zaczy­nają zwy­czaj­nie nużyć a bos­so­wie to śmiech na sali.

Dune 2 — odrzu­ciło mnie od topor­nego sterowania

Podob­nie było zresztą, gdy odpa­li­łem Dune 2 — ten kla­syk, który dał pod­wa­liny pod gatu­nek RTSów. Odrzu­ciło mnie wręcz od topor­nego ste­ro­wa­nia czy per­spek­tywy prze­cho­dze­nia misji tylko po to, by zaraz roz­po­cząć następną z jed­nym budyn­kiem wię­cej do posta­wie­nia lub jedną nową jed­nostką. To się dopiero nazywa sztuczne prze­dłu­ża­nie rozgrywki!

Chodźmy dalej — DOOM już nie bawi jak kie­dyś. Jasne, to wciąż nie­sa­mo­wity tytuł, ale brak moż­li­wo­ści swo­bod­nego ope­ro­wa­nia wido­kiem z oczu albo nie­wi­doczne poci­ski? No daj­cie spo­kój, mamy XXI wiek!

DOOM

Wcale nie twier­dzę, że kla­syki są złe i należy je zako­pać na pustyni daleko od ludz­ko­ści. Bo pomimo wytłusz­czo­nych przeze mnie wad, nie można im odmó­wić wkładu, jaki wnio­sły dla prze­my­słu gier wideo. Muszę tylko pamię­tać, żeby nie przy­kła­dać do nich dzi­siej­szych wyma­gań doty­czą­cych gier i już bawię się o wiele lepiej. Chcę tylko powie­dzieć, że ten cały baj­zel, w któ­rym się wszy­scy tak wesoło tur­lamy, prze­szedł ogromną meta­mor­fozę od cza­sów, któ­rych „gimby nie pamię­tają”. Macie teraz dużo lep­sze pro­dukty — i nie mówię tutaj o gra­fice, cho­ciaż ta oczy­wi­ście także jest ważna, a przede wszyst­kim o zapro­jek­to­wa­niu roz­grywki. Dziś dużo więk­szą wagę przy­kłada się do szcze­gó­łów takich jak intu­icyjna kla­wi­szo­lo­gia czy szyb­kie przed­sta­wie­nie zasad rzą­dzą­cych daną pro­duk­cją. Kie­dyś tego nie było.

Nie twier­dzę, że kla­syki są złe

I cho­ciaż nie­któ­rych — w tym cza­sem zresztą mnie także — wku­rzają zbyt­nie uła­twie­nia i pro­wa­dze­nie gra­cza za rękę, to nie jest taki naj­gor­szy trend. Mniej myślimy nad tym co zro­bić, bar­dziej nato­miast jeste­śmy nasta­wieni na pochła­nia­nie wra­żeń este­tycz­nych czy zagłę­bia­nie się w fabułę. Ide­al­nym przy­kła­dem jest tutaj prze­ry­so­wana seria Call of Duty — zawsze jest jeden kon­kretny spo­sób poko­na­nia misji, ale czu­jemy się jak­by­śmy oglą­dali dobry film akcji.

Kie­dyś byłoby to po pro­stu nie do zre­ali­zo­wa­nia. Mało kto potra­fił jed­no­cze­śnie ogar­nąć zarówno fabułę, jak i dopra­co­wa­nie strony audio­wi­zu­al­nej czy inter­fejsu gry.

Przycisk turbo

Nie czuj­cie się więc zobo­wią­zani do pozna­nia całej histo­rii tej gałęzi roz­rywki — bo cza­sami zda­rzy się, że Was od niej odrzuci. Naj­le­piej ciesz­cie się z tego, co jest teraz i czerp­cie z tego peł­nymi gar­ściami. A jeśli już pró­bo­wa­li­ście swo­ich sił — daj­cie znać, od któ­rej sław­nej star­szej gry odpadliście.

M

ógłbym rów­nie dobrze zaty­tu­ło­wać ten wpis: Dla­czego wra­cam do Bat­tle­fielda? Bo tu nie cho­dzi o kon­kretny tytuł a o zja­wi­sko, doty­czące zresztą nie tylko FPSów.

Stoję na roz­drożu. Ścieżka w prawo pro­wa­dzi do gier inno­wa­cyj­nych, w lewo zaś do rze­czy zasie­dzia­łych na rynku od lat, które się wła­ści­wie już nie zmie­niają. Co naj­gor­sze: każda z nóg chce iść w inną stronę. Stoję więc na tym cho­ler­nym roz­drożu w szpa­ga­cie, a trawa zło­śli­wie łasko­cze mnie po jajkach.

Gdy tylko odpa­lam jakąś grę, oce­niam ją przede wszyst­kim pod kątem świeżości

Gdy tylko odpa­lam jakąś grę, oce­niam ją przede wszyst­kim pod kątem świe­żo­ści. Jeśli tylko prze­ła­muje obecne na rynku sche­maty, od razu zyskuje u mnie spe­cjalne względy. Myśli­cie, że czemu tak dobrze bawi­łem się przy Card Hun­te­rze czy Jaz­z­punku? Tam po pro­stu z co chwilę wydo­by­wa­łem pewne smaczki, któ­rych próżno szu­kać w innych tytu­łach. I cho­ciaż każda z tych pro­duk­cji miała swoje wady, pole­ca­łem je Wam kie­dyś i dziś tego słowa bym nie cofnął.

Z dru­giej zaś strony — Cywi­li­za­cję ogry­wam od pierw­szej odsłony, jesz­cze wyda­nej na Amigę. Znam tę serię na pamięć i nie muszę nawet spo­glą­dać do instruk­cji, gdy wycho­dzi nowa część. Zawsze jest to samo roz­po­czę­cie: osad­nik w asy­ście wojow­nika i misja zało­że­nia mia­sta, które sta­nie się pod­wa­li­nami impe­rium. Każdą odsłonę kupuję w dniu pre­miery i spę­dzam przy niej co naj­mniej kil­ka­dzie­siąt godzin. A co naj­lep­sze, zawsze udaje mi się przy­naj­mniej kil­ku­krot­nie wró­cić do zakupu, zanim Fira­xis nie wypu­ści nowej czę­ści. Innymi słowy: płacę za każ­dym razem tylko po to, żebym mógł zagrać w grę, którą dobrze znam.

Tak wiem: para­noja. Co naj­śmiesz­niej­sze, to nie jest odosob­niony przy­pa­dek. Mam parę takich serii kupo­wa­nych pomimo tego, że się wła­ści­wie nie zmie­niają. Świet­nie zresztą to zja­wi­sko opi­sał Dariusz „Sir Haszak” Michal­ski, były redak­tor legen­dar­nego Gam­blera, na Gadże­to­ma­nii:

„Para­fra­zu­jąc inży­niera Mamo­nia, stwier­dzam, że mnie się podo­bają gry, które już widzia­łem. I to dosko­nale tłu­ma­czy, dla­czego dziś gry­wam w sequ­ele. Oczy­wi­ście nie prze­czę, że mogłaby mi się spodo­bać i inna gra, ale świa­do­mie nie wybie­ram tych innych, bo nie mam czasu na ich pozna­wa­nie. W sequ­elu mecha­nikę gry mam zazwy­czaj opa­no­waną i mogę się sku­pić na akcji i taktyce.”

Mogę się zało­żyć, że Wy także macie takie tasiem­cowe tytuły, które ogry­wa­cie raz za razem. Gdyby tak nie było, Elec­tro­nic Arts ze swo­imi Fifami czy Acti­vi­sion z rekor­do­wymi Call of Duty nie ist­nia­łyby dziś w obec­nej for­mie. Ci wydawcy fun­dują nam przede wszyst­kim tasiemce.

Call of Duty: Black Ops 2

Powiedzmy sobie szcze­rze, nikt nie lubi czuć się zagu­bio­nym. Od dzi­siej­szych gier wyma­gamy takiego zapro­jek­to­wa­nia, żeby­śmy mogli jak naj­szyb­ciej przy­swoić sobie wszyst­kie naj­waż­niej­sze reguły rzą­dzące nimi, bo dzięki temu szyb­ciej zaczy­namy czer­pać przy­jem­ność z zabawy. Z tego też powodu w obec­nych cza­sach instruk­cje wygi­nęły nie­mal zupeł­nie. I nie mówię tutaj tylko o papie­ro­wych prze­wod­ni­kach uczą­cych jak poru­szać się po zawi­ło­ściach mecha­niki — mam na myśli instruk­cje w ogóle.

Nawet bija­tyki są tak pro­jek­to­wane, żeby­śmy weszli gładko w rozgrywkę

Dziś kró­lują samo­uczki. Nawet bija­tyki są tak pro­jek­to­wane, żeby­śmy weszli gładko w roz­grywkę — wystar­czy tu przy­wo­łać cho­ciażby Mor­tal Kom­bat. „Kam­pa­nia” tam skła­dała się z serii wyzwań, w któ­rych po kolei uczy­li­śmy się więk­szo­ści cio­sów. Zresztą jeśli o tym tytule mowa, tu znów zadzia­łało „prawo tasiemca” — pomimo tego, że w ostat­niego Mor­tala gra­łem jesz­cze na Ami­dze, nie mia­łem abso­lut­nie żadnych pro­ble­mów z przy­po­mnie­niem sobie, jak wyko­ny­wać poszcze­gólne ciosy. Dosta­łem grę zna­jomą, a to było najważniejsze.

Nie jest oczy­wi­ście tak, że wydawcy zawsze są źli i nie wpro­wa­dzają inno­wa­cyj­no­ści. Kilka razy do roku wypusz­czany jest tytuł łamiący wszel­kie reguły i usi­łu­jący namie­szać na rynku. W zeszłym roku był to cho­ciażby Far Cry: Blood Dra­gon, zapo­wie­dziany 1 kwiet­nia przez Ubi­soft (długo potem nie mogłem uwie­rzyć, że taka gra naprawdę powsta­nie), czyli dosko­nałe odda­nie kli­matu kina akcji lat 80‚.

Mirror`s Edge

Nikt do końca nie wie jak odbiorcy zare­agują na nowe propozycje

Pro­blem polega na tym, że takie dzia­ła­nia to lote­ria. Nikt do końca nie wie jak odbiorcy zare­agują na nowe pro­po­zy­cje. Bo co z tego, że jakaś pro­duk­cja zyskała dobrą prasę, skoro gra­cze nie­zbyt chęt­nie się­gali po nią na pół­kach skle­po­wych? Przy­kła­dem niech tu będzie Bat­tle­field: Bad Com­pany 2, stwo­rzony przez DICE — nie znam żadnego fana serii, który źle wyra­żałby się o tej kon­kret­nej odsło­nie, a mimo to naj­wi­docz­niej wyniki sprze­daży nie były zado­wa­la­jące, bo na kolejną grę z tym wła­śnie pod­ty­tu­łem cze­kamy od sze­ściu lat i wciąż cisza. Żeby nie iść daleko, podobna sytu­acja przez długi czas była z Mirror‚s Edge, także stwo­rzo­nego przez DICE, a za wydawcę mają­cego Elec­tro­nic Arts — cho­ciaż tutaj następca został ofi­cjal­nie ogło­szony i w naj­bliż­szym cza­sie powi­nien się wresz­cie pojawić.

I wie­cie co? Stoję dziś przed dyle­ma­tem: Kupić kolejną część Dark Souls czy nie? Byłaby to już trze­cia odsłona wła­ści­wie tego samego tytułu, w któ­rym sam rdzeń gry nie zmie­nia się wła­ści­wie wcale a wszel­kie mody­fi­ka­cje można uznać za natu­ralną ewo­lu­cję. I mój dyle­mat nie polega na tym, że boję się ogra­nego sche­matu. Ja po pro­stu wiem, że będę się dobrze bawił i znowu z życia znik­nie mi kil­ka­dzie­siąt godzin. Jak myśli­cie, brać?

S

pójrzmy praw­dzie w oczy — gry wzbu­dzają agre­sję. Robią to tak czę­sto, że nawet nie do końca zda­jemy sobie z tego sprawę. Szcze­gól­nie wtedy, gdy odpa­lamy takie tytuły jak Trials Fusion.

Wysoki poziom trud­no­ści w serii Trials zawsze był powo­dem, który mnie przyciągał

Niech pierw­szy rzuci kamie­niem ten, kto cho­ciaż raz nie zaklął pod­czas posie­dze­nia przed kom­pu­te­rem. Jestem prze­ko­nany, że nie ma wśród czy­tel­ni­ków nikogo takiego (a nawet jeśli jest, to już ma zepsuty moni­tor, bo rzu­cił tym głu­pim kamie­niem, jak ostat­nia sie­rota i naiw­niak). Część gier po pro­stu pod­nosi ciśnie­nie. I co naj­lep­sze — sami tego ocze­ku­jemy. Wysoki poziom trud­no­ści w serii Trials zawsze był powo­dem, który mnie przy­cią­gał. I tym razem się nie zawiodłem.

Plan jest pro­sty: prze­je­chać moto­rem z punktu A do punktu B, omi­ja­jąc przy oka­zji pousta­wiane na tra­sie prze­szkody. Pro­blem w tym, że im trud­niej­sza trasa, tym prze­szkody są bar­dziej powy­krę­cane. I tak jak pierw­sze etapy można przejść doda­jąc cały czas gaz, to póź­niej bez umie­jęt­nej pracy hamul­cami oraz odpo­wied­niego balan­so­wa­nia naszym moto­cy­kli­stą możemy zapo­mnieć o poko­na­niu nawet pierw­szej przeszkody.

Poziomy trud­no­ści są cztery — zaczy­nają się od easy, na extreme koń­cząc — te ostat­nie wyma­gają wiel­kiego sku­pie­nia i mał­piej zręcz­no­ści. Prawdę mówiąc, z więk­szo­ścią tras extreme nie jestem w sta­nie sobie na tę chwilę pora­dzić. To tytuł, z któ­rym przy końcu wytrzy­muje się mak­sy­mal­nie 45 minut, żeby póź­niej zmie­nić na jaki­kol­wiek cokol­wiek innego, bo w końcu ile można zgrzy­tać zębami ze złości?

Z więk­szo­ścią tras extreme nie jestem w sta­nie sobie na tę chwilę poradzić

Niech o skali wyzwa­nia świad­czy fakt, że to wła­śnie tutaj zaczęła mi scho­dzić guma z ana­lo­gów w kon­tro­le­rze do PS4. To zresztą nie nowość, bo star­sze czę­ści Trial­sów zała­twiły mi w taki spo­sób dwa pady od Xboxa 360.

I cho­ciaż gdzie­nie­gdzie narzeka się na słabą oprawę gra­ficzną, ja jestem zado­wo­lony. Brak tutaj efek­ciar­stwa z Trial­sów Evo­lu­tion (poprzed­nia odsłona gry, które po pro­stu spra­wiało, że plan­sze sta­wały się nie­czy­telne. Iry­tu­jące są tylko doczy­tu­jące się na tek­stury, ale mia­łem oka­zję pogry­wać w to na PS4, więc może gra­cze kom­pu­te­rowi nie będą mieli tej nieprzyjemności.

Bierz­cie.
Bo warto.
Gra jest świetna.

Gra jak na razie nie ma trybu wie­lo­oso­bo­wego w innej for­mie, niż wspólne gra­nie przed jed­nym ekra­nem. Podobno roz­grywki poprzez sieć mają poja­wić się w dar­mo­wej aktu­ali­za­cji. Jed­nak to nie zna­czy, że rywa­li­za­cja jest tu cał­ko­wi­cie wycięta — pro­gram może pobie­rać naj­lep­sze prze­jazdy gra­czy i w for­mie „duszka” pusz­czać nam je rów­no­le­gle z naszymi zma­ga­niami. Nie muszę chyba mówić, jaką czło­wiek ma satys­fak­cję gdy ksywka kolegi zostaje daleko w tyle…

Nie ma nic lepszego niż znaleźć się na szczycie tablicy wyników wśród przyjaciół... Następnego ranka oczywiście spadłem w rankingu ;)

Sam sku­si­łem się na wer­sję kon­so­lową Trials Fusion — głów­nie ze względu na wygodę w odpa­la­niu i fakt, że więk­szość moich zna­jo­mych zagrywa się w to na PS4. Jeśli jed­nak jeste­ście gra­czami kom­pu­te­ro­wymi a przy oka­zji macie moż­li­wość pod­pię­cia pada — wycho­dzi kil­ka­na­ście zło­tych róż­nicy na Waszą korzyść. Bierz­cie. Bo warto. Gra jest świetna.

  • Dodat­kowe informacje

    Trials Evo­lu­tion pre­mierę na PC miało 24 kwiet­nia. Film z roz­grywki wzią­łem z kanału rechyyy (clayman90) - cze­kam aż PS4 pozwoli na sen­sowne wyplu­wa­nie game­playów na urzą­dze­nia zewnętrzne, podobno to juz w naj­now­szym patchu!

F

orma wpi­sów, którą sam sobie narzu­ci­łem cza­sami mnie ogra­ni­cza. I cza­sem poja­wiają się kon­tro­wer­sje. Ostat­nio pyta­łem, czy gry nie są stratą czasu.

Zwy­czaj­nie na świe­cie nie jeste­śmy w sta­nie ograć wszystkiego

Zgo­dzi­łem się wtedy mię­dzy innymi z tezą Pio­tra Gnypa, że nie — jeśli nie gramy w śred­niaki. Nie zro­bi­łem tego ponie­waż tak bar­dzo cią­gnie mnie do innych spo­so­bów spę­dza­nia wol­nych chwil. Lubię gry, jest to moje hobby i spę­dzam przy nim masę czasu. Przy­kla­sną­łem Pio­trowi, gdyż na rynku poja­wia się tyle róż­nych pro­duk­cji, że po pro­stu trzeba oddzie­lać ziarno od plew. Zwy­czaj­nie na świe­cie nie jeste­śmy w sta­nie ograć wszystkiego.

Link do tek­stu wkle­iłem w paru miej­scach i z zain­te­re­so­wa­niem śledzi­łem dys­ku­sje, które się tam roz­wi­jały. I wła­ści­wie wszę­dzie, gdzie ktoś to prze­czy­tał, poja­wiała się jedna wąt­pli­wość. Naj­ła­twiej chyba będzie, gdy zacy­tuję Alek­san­dra Hoło­wańca z grupy face­bo­oko­wej Gry Kom­pu­te­rowe — Shard Goldenline!:

„Mówimy o jakichś śred­nia­kach ale jakich? Według branży czy cał­ko­wi­cie subiek­tyw­nie? Bo wtedy to (…) docho­dzisz do muru, w któ­rym ja uwiel­biam grind, ale nie lubię LoL-a a Ty masz na odwrót (…)” (doda­łem inter­punk­cję, usu­ną­łem lite­rówki — dop. red.)

No wła­śnie: czym jest wła­ści­wie ten śred­niak? W życiu nie zgo­dzę się z tym, kto powie, że śred­niak to gra, która w ser­wi­sach dostaje oceny w prze­dziale 3–7 na dzie­się­cio­stop­nio­wej skali. Z pro­stej przy­czyny — repre­zen­tują one bowiem subiek­tywne podej­ście dzien­ni­ka­rzy do danego tytułu.

Nikt roz­sądny nie wymaga od recen­zenta obiektywności

I to nie jest nic złego. Nikt roz­sądny nie wymaga od recen­zenta obiek­tyw­no­ści — bo tę zacho­wać może co naj­wy­żej maszyna. Gdy ktoś pisze o grach kom­pu­te­ro­wych, musi wychwy­cić wiele rze­czy ulot­nych, które trudno ująć w sztyw­nych ramach. Mówię tu cho­ciażby o gry­wal­no­ści czy o ilo­ści odnie­sień do kul­tury maso­wej. Dla­tego od autora tek­stów o grach ocze­kuję przede wszyst­kim uczci­wo­ści i niczego więcej.

Bo dzięki temu wiem na ile mogę zaufać mate­ria­łowi stwo­rzo­nemu przez tego kon­kret­nego dzien­ni­ka­rza. I tak zna­jąc gust Jakuba „Cubi­tussa” Kowal­skiego, autora Zagra­co­nych, wiem że muszę z gigan­tyczną rezerwą pod­cho­dzić do jego hur­ra­op­ty­mi­stycz­nych tek­stów, bo nasze pre­fe­ren­cje w tej mate­rii są tak odmienne jak defi­ni­cje pięk­nej kobiety w Pol­sce i w Niem­czech. Ale już na przy­kład recen­zje Toma­sza Kutery z Poly­ga­mii są dla mnie bar­dziej miarodajne.

I wła­śnie to jest słowo-klucz w tej całej ukła­dance: „ja”. Spraw­dza się tutaj powie­dzonko, że opi­nie są jak pewne czte­ro­li­te­rowe czę­ści ciała — każdy ma swoją. Śred­niak to taki pro­dukt, o któ­rym ja tak będę twier­dził a nie cały tabun ludzi dookoła. Bo hobby ma nam przede wszyst­kim spra­wiać przy­jem­ność i jeśli ktoś świet­nie się bawi przy kolej­nej odsło­nie Call of Duty czy z zapa­łem tnie w World of War­craft, to dobrze!

Na mojej półce znaleźć można zarówno gry, w które zagrywałem się godzinami, jak i te, na które mi szkoda czasu

Ja czę­ści gier nie tykam nie dla­tego, że one są złe, a tylko dla­tego, że mi nie odpo­wia­dają. Do Red Dead Redemp­tion robi­łem trzy podej­ścia, tak samo zresztą jak do The Last of Us i… nic. Cał­ko­wi­cie mnie odrzu­cało, pod­czas gry oba tytuły są uzna­wane nie­mal za obja­wie­nie przez branżę, za to świet­nie bawi­łem się przy takim L.A. Noire czy Testa­men­cie Sher­locka Hol­mesa — czyli przy grach uzna­wa­nych wła­śnie za średniaki.

Teraz jest mi łatwiej niż 15 lat temu oce­nić, w co powi­nie­nem zagrać

Teraz jest mi łatwiej niż 15 lat temu oce­nić, w co powi­nie­nem zagrać a w co nie, bo przez moje ręce prze­to­czyła się cała masa tytu­łów. Jest to kwe­stia doświad­cze­nia i spre­cy­zo­wa­nych poglą­dów na to, czego się ocze­kuje od gier. I tego życzę Wam wszyst­kim, żeby­ście też mogli sobie z taką łatwo­ścią dobie­rać to, co insta­lu­je­cie na kom­pu­te­rach. A może już tak jest? Pocią­gnijmy ten temat w komentarzach.

C

o jakiś czas docho­dzą do mnie myśli, że to hobby to jed­nak mar­no­wa­nie cen­nych minut. I jak się oka­zuje, nie jestem jedy­nym gra­czem, który tak myśli.

Od pew­nego wieku nie przy­stoi nam ślęcze­nie przez kolo­ro­wymi pikselami

Prze­pusz­cza­nie czasu przez palce w grach można potrak­to­wać stan­dar­dowo — bio­rąc pod uwagę zda­nie pierw­szego lep­szego laika, porów­nu­ją­cego nasze hobby do zabawy dla dzieci i mówią­cego, że od pew­nego wieku nie przy­stoi nam ślęcze­nie przez kolo­ro­wymi pik­se­lami wyświe­tla­nymi przez moni­tor. Jest to naj­prost­sze podej­ście do sprawy a jed­no­cze­śnie spo­ty­ka­jące się z naj­więk­szym opo­rem „raso­wych gra­czy”. Bo prze­cież nikt nam nie będzie mówił jak spę­dzać wolne chwile, nikt nie będzie zabra­niał roz­rywki spra­wia­ją­cej przy­jem­ność, a poza tym tacy „zaka­zy­wa­cze” to naj­czę­ściej zra­mo­lałe sta­ruszki, które nie potra­fią się bawić. Oka­zuje się, że niekoniecznie.

Nie można nazwać sta­rusz­kiem Pio­tra Gnypa, który kie­dyś zało­żył Poly­ga­mię. Nie­dawno na swoim blogu popeł­nił wpis „Szkoda czasu”:

Na swoją wyprawę do Azji poświę­ci­łem (…) tro­chę ponad 3 tygo­dnie. Zwie­dzi­łem 3 kraje, gła­ska­łem tygrysy, nauczy­łem się jeź­dzić na moto­rze. To wszystko zajęło mi jakieś 504 godziny. (…) W tym samym okre­sie był­bym w sta­nie przejść na swoim PS3: Bor­der­lands 2, Fal­lout: New Vegas, Sky­rima, Dra­gon Age, Motor­Storma i gdy­bym był hard­co­ro­wym maso­chi­stą to któ­reś Dark Souls.(…)
Po pro­stu chcę poka­zać ile czasu zaj­muje nam to hobby i co można z nim innego zrobić.”

Żeby nie było, że Piotr pró­buje nas wszyst­kich prze­ko­nać do gła­ska­nia tygry­sów a z jego tek­stu wypływa prze­sła­nie, że gry to zło. Tak nie jest, autor bowiem pod­su­mo­wuje całość stwier­dze­niem: „Szkoda czasu na śred­niaki”. Trudno się z tym zresztą nie zgo­dzić patrząc na to, jak prędko kolejne tytuły wypusz­czane są na rynek a kolejne paczki Hum­ble Bun­dle‚a poja­wiają się śred­nio raz na tydzień. Nawet więc osoba nie mająca zasob­nego port­fela jest w sta­nie prze­bie­rać w ofertach.

Szkoda czasu na średniaki

Przede wszyst­kim więc powin­ni­śmy doko­ny­wać świa­do­mych wybo­rów i nie pró­bo­wać ogry­wać każ­dego syfu, który tylko zain­sta­lu­jemy. Powiem nawet wię­cej: znajdźki w grach uwa­żam za skrajny prze­jaw mar­no­traw­stwa zaso­bów. one tylko sztucz­nie prze­dłu­żają roz­grywkę, nie wno­sząc do niej abso­lut­nie nic. W ani jed­nej grze jesz­cze nie poku­si­łem się o wyzbie­ra­nie wszyst­kiego, co jest. Tu wła­śnie leży moja nie­chęć do MMORP­Gów, czyli tytu­łów, które wła­ści­wie nie mają końca.

Czas

Wiem jed­nak, że i powyż­sza defi­ni­cja „mar­no­wa­nia czasu” okaże się dla nie­któ­rych zbyt restryk­cyjna. Jestem jed­nak w sta­nie zapro­po­no­wać taką, z którą zgo­dzi się chyba każdy. Każdy, kto grał kie­dyś w tytuł wie­lo­oso­bowy, wie jak iry­tu­jące jest, gdy gracz po dru­giej stro­nie łącza zaczyna świa­do­mie psuć roz­grywkę. Nie mówię tutaj o oszu­stach czy o total­nych sie­ro­tach, które nie ogar­nia­jąc danej gry, cho­ciaż oczy­wi­ście to też zaha­cza o nasz temat. Mam na myśli tych, któ­rzy cią­gle stoją w bazie i roz­wa­lają nasze samo­chody (seria Bat­tle­field), łączą­cych się do gier a potem wycho­dzą­cych, bo nagle kom­pu­ter im nie wyra­bia a wcze­śniej było wszystko dobrze (League of Legends) czy budu­ją­cych w bazie same jed­nostki do zbie­ra­nia surow­ców (jaki­kol­wiek RTS).

Przez jakie­goś idiotę mam pół godziny w plecy

Zawsze tra­fimy na trolli. I jeśli mam być szczery, to wła­śnie wtedy tra­fia mnie naj­więk­sza kur­wica. Bo cza­sami po pro­stu nie można zmie­nić ser­wera i trzeba zacze­kać do końca meczu a przez jakie­goś idiotę mam pół godziny w plecy — pół godziny, które mógł­bym prze­zna­czyć na cokol­wiek innego: prze­czy­ta­nie książki, zmy­wa­nie naczyń czy nawet gła­ska­nie tygrysa.

R

Razem z gene­ra­cjami zmie­niają się pro­blemy. O tym co może bul­wer­so­wać współ­cze­snego gra­cza dobit­nie prze­ko­na­łem się pod­czas wczo­raj­szego seansu z Twitchem.

Wie­czo­rami zda­rza się, że oglą­dam stre­amy innych — naj­czę­ściej po to, żeby zoba­czyć jak grają w League of Legends, ale też po pro­stu zwy­czaj­nie ser­fuję po audy­cjach dla zabi­cia czasu. Tak wła­śnie tra­fi­łem do Chri­stiana „Rain Mana” Kah­manna, czło­wieka nie­gdyś zawo­dowo zaj­mu­ją­cego się grą w LOLa, popu­lar­nego twit­chera, mają­cego swoją stałą i wierną widownię.

Gracz podej­rze­wał, że ktoś go wła­śnie DDOSuje

Wszystko wska­zy­wało na to, że ma duże pro­blemy. Gracz podej­rze­wał, że ktoś go wła­śnie DDO­Suje, czyli — w naj­prost­szym tłu­ma­cze­niu — wysyła z inter­netu w stronę jego kom­pu­tera taką ilość danych, że wydaj­ność maszyny i jakość połą­cze­nia sie­cio­wego dra­stycz­nie spada. W skró­cie: ktoś nie chciał, żeby Rain Man wygrał swoją grę. Nie jest ważne, czy tak fak­tycz­nie było, czy miał po pro­stu pro­blemy z dostawcą inter­ne­to­wym. Ważne było to, co w danej chwili mówił. Oprócz całej lita­nii pre­ten­sji pod adre­sem róż­nych osób oraz ogól­nej żółci, padła jedna ważna kwestia:

„I tak nikt ich nie zła­pie. Sły­szy się, że ścigają ludzi za różne rze­czy, ale nie sły­szy się, żeby ścigano za te prze­stęp­stwa, które ludzi naprawdę doty­czą. DDOS to bar­dzo duży problem.”

Czy wymiar spra­wie­dli­wo­ści fak­tycz­nie zaj­muje się pierdołami?

Jest to oczy­wi­ście para­fraza wła­ści­wych słów, ale zapew­niam, sens został zacho­wany w stu procentach. Trudno mi było nie zadać sobie pyta­nia, czy DDOS to fak­tycz­nie takie czę­ste i upier­dliwe zja­wi­sko, jak pró­buje wmó­wić widzom Rain Man. No i przede wszyst­kim: czy wymiar spra­wie­dli­wo­ści fak­tycz­nie zaj­muje się pier­do­łami? Dla mnie wciąż fakt, że ktoś ukrad­nie jakąś rzecz ze sklepu jest waż­niej­szy niż zablo­ko­wa­nie łącza inter­ne­to­wego poje­dyn­czej osoby. I jeśli miał­bym wybór, chęt­niej dodał­bym jed­nego poli­cjanta wię­cej do patrolu w moim mie­ście niż do zwal­cza­nia cyber­prze­stępstw. Nie chcę oczy­wi­ście umniej­szać niczy­jej krzywdy, bo jeśli stre­amer fak­tycz­nie był ata­ko­wany, wymiar spra­wie­dli­wo­ści powi­nien jakoś zadzia­łać. Ale pomimo tego, że jestem gra­czem to cho­lera — gdy inter­ne­towa zło­śli­wość jest tylko zło­śli­wo­ścią i jej kon­se­kwen­cje to ewen­tu­al­nie prze­grany mecz w LOLa — jakoś zaak­cep­tuję, że ktoś popła­cze. Tak samo jak z urzędu nie ściga się nikogo, kto nas zwyzywa.

Ataki z internetu czy przestępstwa w realu, co ważniejsze?

Dodał­bym jed­nego poli­cjanta wię­cej do patrolu w moim mie­ście niż do zwal­cza­nia cyberprzestępstw

Słowa, które padły na wizji są nato­miast zapo­wie­dzią nad­cho­dzą­cych róż­nic w men­tal­no­ści pomię­dzy ludźmi w moim wieku a następ­nymi poko­le­niami. Jestem prze­ko­nany, że im ten wpis będzie sta­wał się star­szy, tym wię­cej osób przy­kla­śnie Rain Manowi. Nic zresztą dziw­nego, bo ame­ry­kań­ski spo­sób myśle­nia docho­dzi do nas z pewną, kil­ku­na­sto­let­nią obsuwą. Cie­kawe jak cybe­ra­taki będą tam wyglą­dały za te X lat i w jaki spo­sób będą sobie z nimi radzić… A może mi po pro­stu ta zmiana już zaszła i Wy sądzi­cie ina­czej? Jestem szcze­rze ciekawy.

J

azz­punk został przeze mnie ukoń­czony bar­dzo szybko, bo zale­d­wie w 4 godziny na stre­amie. Mimo tego posta­no­wi­łem o nim coś napi­sać. I będę pisał dobrze.

Czas zabawy był krótki, fakt. Nawet mega­krótki jeśli porów­namy to z innymi tytu­łami, które ostat­nio ogry­wa­łem, ale jed­no­cze­śnie były to naj­we­sel­sze 4 godziny, jakie od dawna spę­dzi­łem przy komputerze.

Jaz­z­punk to gra absur­dów i humoru wycią­gnię­tego z Monty Pythona

Jaz­z­punk to gra absur­dów, humoru wycią­gnię­tego z Monty Pythona a potem zmie­sza­nego w naj­lep­szy moż­liwy spo­sób ze sty­li­za­cją na lata 70′ i 80′. Żarty i żarciki poja­wiają się tutaj na każ­dym kroku. Już scena otwar­cia mruga do nas poro­zu­mie­waw­czo. Miej­sce odbioru bagażu na lot­ni­sku: wypada pierw­sza walizka, za nią druga, trze­cia i kolejne, aż w końcu kamera podąża za taką, która wygląda na fute­rał od gitary. Chwilę póź­niej przej­mu­jemy kon­trolę nad naszą posta­cią w pod­ziem­nej sta­cji metra. Wystar­czy tylko odwró­cić się o 180 stopni, by zoba­czyć tę samą, tym razem otwartą walizkę i uzmy­sło­wić sobie, że główny boha­ter wła­śnie nią podró­żo­wał. Innymi słowy — oszczęd­ność pełną gębą.

Koniec jednej z misji, w której zostajemy przejęci przez agentów wrogiej organizacji i... kręgla

Takich moty­wów jest zresztą wię­cej a same misje są jedy­nie pre­tek­stem do ich odkry­wa­nia. Oczy­wi­ście da się przejść Jaz­z­punk nie reagu­jąc zupeł­nie na pod­rzu­cane przez auto­rów żarciki, ale poja­wia się wtedy pyta­nie: dla­czego odbie­rać sobie tę przy­jem­ność? Bo misje, w któ­rych wcie­lamy się w rolę taj­nego agenta na usłu­gach Jej Kró­lew­skiej Mości, są jedy­nie pre­tek­stem do maca­nia ścian i szu­ka­nia tego, co zostało poukrywane.

Sama roz­grywka to po pro­stu ciąg zaga­dek logicz­nych i zadań zręcznościowycch.

Sama roz­grywka to po pro­stu ciąg bar­dziej lub mniej wyma­ga­ją­cych zaga­dek logicz­nych i zadań zręcz­no­ścio­wycch. Nie ma się co spo­dzie­wać zbyt­niego wysi­la­nia sza­rych komó­rek, tutaj przede wszyst­kim cho­dzi o tę nić poro­zu­mie­nia pomię­dzy gra­czem a twórcą, która two­rzy się w momen­cie, gdy pierw­szy z nich potrafi odczy­tać wszyst­kie te nawią­za­nia do kul­tury maso­wej, powkła­dane w pro­dukt przez tego drugiego.

Oso­bi­ście pole­cam z czy­stym ser­cem. To był świet­nie spę­dzony czas przed kom­pu­te­rem. Szcze­rze żałuję, że całość trwała tak krótko. Uwa­żam jed­nak, że warto wydać na Jaz­z­punk zaro­bione pie­nią­dze. A jeśli przez przy­pa­dek znaj­dzie­cie gdzieś pro­mo­cję na ten tytuł: nawet się nie zasta­na­wiać, kupo­wać od razu.

Z

osta­wi­łem już za sobą pyta­nia: „Kiedy będzie kolejna gene­ra­cja kon­sol?”, bo ta nade­szła kilka mie­sięcy temu. Błysz­czące, pach­nące nowo­ścią i zapo­wia­da­jące lep­sze gry, te maszyny stoją już na pół­kach skle­pów. W mię­dzy­cza­sie w Sieci poja­wia się film przed­sta­wia­jący zabawę w jed­nym z tytu­łów tak szum­nie zapo­wia­da­nym w ubie­głym roku… Wtedy uśmiech mi znika.

Wer­sja alfa Titan­falla wygląda ślicz­nie — akcja, wybu­chy i nie­sa­mo­wite tempo roz­grywki. Ma to wszystko, do czego przy­zwy­cza­iły nas obecne już na rynku strze­lanki. Owszem, zda­rzają się tu i ówdzie różne błędy wyni­ka­jące z nie­do­pra­co­wa­nia sys­temu koli­zji czy też spadki płyn­no­ści obrazu, jed­nak do pre­miery długa droga i powinno to zostać popra­wione. Sami zresztą zobacz­cie fil­mik, nawet frag­men­tami i odpo­wiedz­cie: czyż nie zrywa beretu z głowy?

Autor filmu przy oka­zji faj­nie wyja­śnia, dla­czego tek­stury w obec­nej postaci wyglą­dają tak źle, dla­tego lin­kuję ten mate­riał a nie ory­gi­nalny wyciek

Pre­zen­to­wana roz­grywka jest tak odtwór­cza, jak to tylko możliwe

Ten nie­sa­mo­wity roz­mach, w końcu połą­cze­nie walki mechów i ludzi musi być efek­towne, ma jed­nak jedną wadę. Pre­zen­to­wana roz­grywka jest tak odtwór­cza, jak to tylko moż­liwe. Pod­czas oglą­da­nia nie tylko ma się wra­że­nie, że oto Call of Duty po pro­stu docze­kało się kolej­nej pod­se­rii, ale także tego, że jedzie wła­ści­wie na sta­rym sil­niku gry.
Bra­kuje mi w zapo­wia­da­nym Titan­fallu nowo­ści i boję się sytu­acji, w któ­rej te same słowa będę mógł przy­piąć do kolej­nych kil­ku­dzie­się­ciu tytu­łów przy­go­to­wy­wa­nych na sprzęt nowej gene­ra­cji. Nie ma nic, co by mnie powa­liło na kolana a prze­cież powinno. Skoro mamy tutaj wiel­kie mechy strze­la­jące z wiel­kich dział, to dla­czego do cięż­kiej cho­lery nie widzimy destruk­cji budyn­ków? Nic nie fruwa, nic się nie odrywa. Po pro­stu zero jakiej­kol­wiek zmiany otoczenia.

Tu nie cho­dzi o to, że w Bat­tle­fiel­dzie 4 takie coś dosta­li­śmy. Bar­dziej mam pre­ten­sję co do faktu, że już nawet BF: Bad Com­pany 2 ofe­ruje dużo wię­cej jeśli cho­dzi o destruk­cję mapy. Przy­po­mi­nam, ten tytuł wyszedł w 2010 roku, gdy o nowej gene­ra­cji jesz­cze się gło­śno nie mówiło. A tu dociera do nas infor­ma­cja, że w Titan­fallu dru­żyny będą skła­dały się mak­sy­mal­nie z 6 osób.

Już nawet BF: Bad Com­pany 2 ofe­ruje dużo wię­cej jeśli cho­dzi o destruk­cję mapy

Mar­twi mnie to, bo jeśli nie ocze­ki­wa­łem rewo­lu­cji po nowych tytu­łach, nie ukry­wam — mia­łem nadzieję przy­naj­mniej na ewo­lu­cję. W per­spek­ty­wie jest tylko sta­gna­cja. Aktu­al­nie jedy­nie gry nie­za­leżne ofe­rują nowe pomy­sły i cie­kawe roz­wią­za­nia i tu szu­kam ratunku.

P

owoli acz sku­tecz­nie nad­cho­dzi prze­łom w pro­duk­cjach nie­za­leż­nych. The Ban­ner Saga i Bro­ken Age udo­wad­niają, że gra­fika w tytu­łach indie wcale nie musi być nijaka.

Wyda­wało się, że do tej pory pano­wała taka nie­pi­sana zasada: jesteś twórcą nie­za­leż­nym, nie musisz przej­mo­wać się wra­że­niami wizu­al­nymi. Jasne, nie każdy chciał przy­znać się wprost, że na stwo­rze­nie porząd­nej gra­fiki po pro­stu nie star­czyło mu fun­du­szy, chęci czy czasu, więc radzono sobie ina­czej. Ci mniej ambitni po pro­stu twier­dzili, że ser­cem gier nie­za­leż­nych jest roz­grywka a nie gra­fika i w ogóle dla­czego kto­kol­wiek się cze­pia. Inni ucie­kali w pixe­lart — który sam w sobie nie jest zły, bo dobrze zre­ali­zo­wany potrafi ocza­ro­wać — sta­jący się powoli mekką gier indie. No bo pomy­śl­cie sami nad tym, jak czę­sto tra­fia­cie na pro­duk­cje z roz­pi­xe­lo­waną gra­fiką. Ale to zaczyna się zmieniać.

Wszystko ryso­wane ręcz­nie, świet­nie animowane

Nie mam zwy­czaju roz­tkli­wia­nia się nad grami. Jeśli jest słaba, z łatwo­ścią i pewną per­wer­sją jestem w sta­nie zna­leźć wszyst­kie błędy. Mimo tego w ciągu ostat­nich paru dni dwu­krot­nie prze­ży­łem zachwyt. Raz po włą­cze­niu The Ban­ner Saga, drugi raz po uru­cho­mie­niu Bro­ken Age. Tak pięk­nej gra­fiki w grach nie­za­leż­nych dawno nie widzia­łem. Wszystko ryso­wane ręcz­nie, świet­nie ani­mo­wane — po pro­stu piękne. Panie, Pano­wie… takiej per­fek­cji dawno w tym biz­ne­sie nie było.

Może to jest zwią­zane z tym, że stu­dia two­rzące wymie­nione tutaj tytuły nie do końca pasują do potocz­nego wyobra­że­nia „twór­ców nie­za­leż­nych”. Przy­wo­łu­jąc to poję­cie, mamy przed oczami grupkę pasjo­na­tów, któ­rzy w ramach wol­nego czasu dłu­bią przy pro­jek­cie po godzi­nach pracy. A nawet jeśli pracę rzu­cili dla pisa­nia gier, wciąż widzimy w nich ama­to­rów z pasją. W tym wypadku sytu­acja jest inna.

Double Fine odpo­wie­dzialne za Bro­ken Age to stu­dio z wie­lo­let­nimi tra­dy­cjami. Wcze­śniej wypu­ściło m.in. Brütal Legend, Psy­cho­nauts, Stac­king czy ostat­nio - The Cave. Nie stro­niono tutaj od współ­pracy z więk­szymi wydaw­cami. Do wyda­nia pro­duk­cji Double Fine przy­ło­żyli się Sega, Sony, Elec­tro­nic Arts czy nie­ist­nie­jące już THQ.

Także auto­rzy The Ban­ner Saga nie wypa­dli sroce spod ogona — a raczej wypa­dli, tyle że nie sroce a Bio­ware. Po poże­gna­niu się z poprzed­nim pra­co­dawcą trójka panów stwo­rzyła stu­dio Stoic, które ura­czyło nas wła­śnie prze­piękną produkcją.

Pro­fe­sjo­na­li­ści wkra­cza­jący do tego środo­wi­ska mogą spra­wić, że zmie­nią się standardy

Mam nadzieję, że idą dobre czasy dla miło­śni­ków gier indie — pro­fe­sjo­na­li­ści wkra­cza­jący do tego środo­wi­ska mogą spra­wić, że zmie­nią się stan­dardy. A tego bym chciał. Bo jeśli tylko pod­nie­sie to jakość poja­wia­ją­cych się tytu­łów, to tym lepiej. Z dru­giej strony mam świa­do­mość, że obie wymie­niane przeze mnie pro­duk­cje były ufun­do­wane za pomocą środ­ków z Kick­star­tera — więc auto­rzy pewne rze­czy dopie­ścić po pro­stu musieli. Jakby jed­nak to nie wpły­nęło na branżę, koniec koń­ców należy sobie życzyć przde wszyst­kim, żeby twórcy nie­za­leżni nigdy nie odwró­cili się od innej cechy ich małego światka: inno­wa­cyj­no­ści. Bo tym wygry­wają z wiel­kimi studiami.

W

idzie­li­ście kie­dyś film o Zorro? Jak on pięk­nie wyma­chi­wał tą szpadą… Nie­je­den chciał być na jego miejscu.

Teraz Wy też tak może­cie, oczy­wi­ście jeżeli macie ochotę wyło­żyć na stół tro­chę pie­niąż­ków. Oto Nidhogg, świetna gra do upo­ko­rze­nia Waszych znajomych:

 
Tro­chę drogo, co nie­stety będzie barierą dla wielu. Mam nadzieję, że kie­dyś auto­rzy doda­dzą dodat­kowe areny, wtedy cena będzie bar­dziej ade­kwatna do tego, co dostajemy.